A A A

Rajd "Powitanie wiosny"

Witam Was wszystkich!

Czas opowiedzieć o kolejnym wspaniałym rajdzie- rajdzie pożegnania zimy.

Epizod I: Festiwal nad stawem
Uczestnicy rajdu spotkali się niedaleko Szkoły Policji, nad miejskim stawkiem. Zebrała się tam liczna grupa zagorzałych fanów rajdów z Włóczykijem. Każdy z uczestników miał przynajmniej jedną Marzannę. Ja też miałem swoją: piękną, ogromną, naturalną madame Zima i dzięki niej zająłem… Zresztą nie będę wam za dużo pisał. Ostatnio, gdy dużo napisałem o ostatnim rajdzie, nie mogłem opędzić się od „fanów”. Nawet pan od wf-u chciał, żebym coś o nim napisał. Ale przejdźmy do dalszego opisu.
Przed przystąpieniem do wędrówki odbył się konkurs na Marzannę. Nagrody zdobyli wszyscy, ale niektórzy uzyskali trochę większe wyróżnienia. Ja i moja Marzanna odebraliśmy nagrodę za jej ekologiczność i buraczany wdzięk (zrobiłem korale z czerwonych buraków, za co Mama była na mnie zła, bo kupiła te buraki dzień wcześniej na domowy barszcz).


Epizod II: Wędrówka
Nasi cudowni nauczyciele przeliczyli wszystkich i dali komendę do drogi. Z początku szliśmy w stronę stadionu, a potem zboczyliśmy ku cmentarzowi. Od cmentarza odbiliśmy w lewo i podążaliśmy urokliwą leśną dróżką. Drzewa tworzyły łuki  i różne przedziwne kształty.
Szliśmy spokojnie, równym tempem, każdy ze swoimi myślami. Ktoś trzymał komórkę przy uchu i słuchał muzyki, drugi - zajadał przeterminowaną kanapkę, ktoś inny, a właściwie inna gadała jak najęta z koleżanką, a jeszcze inna – szła zadumana. No, oczywiście mówię o mojej klasie (5c!), która wyrwała na sam początek konwoju, jakbyśmy walczyli o pierwsze miejsce w zawodach sportowych. Też musiałem dostosować się do tego tempa, by nie być zapisanym do innej klasy.

Epizod III: Czarne postacie
Las był momentami bardzo ciemny, po obu stronach drogi towarzyszyły nam wysokie świerki, zabierając słoneczne światło. Ucieszyłem się, gdy wyszliśmy z tych ciemności i skierowaliśmy się ku pierwszemu postojowi. Dwie ubrane na czarno postacie, idące za mną przyspieszyły nagle kroku, wyprzedziły mnie i moich kompanów. Ich twarze były mi nieznane, ale wiedziałem, że jeden z moich klasowych kolegów wie prawie wszystko o wszystkich z naszej szkoły. Postanowiłem zapytać go, czy wie, kim są te „szybkie” typy i tu się przeliczyłem z wiedzą kolegi! Kolega znał owe postacie jedynie z widzenia. Ponoć więcej na ich temat wiedziały nasze dziewczyny, ale ich już nie dopytywałem. Były z nimi na wspólnych tańcach egzotycznych czy jakoś tam. Nie interesuję się muzyką, a cóż dopiero tańcami. Ho, ho!

Epizod IV: Przerwa pod zrąbanym bukiem
Owe postacie to – tancerki. Zapamiętałem imię chyba jednej z nich. Kolega mówił: „Aaa, ta chuda czy ta puszysta?, bo jedna na imię Oliwia”. Zresztą co za różnica!!
Za chwilę miała nastąpić przerwa. Zatrzymaliśmy się pod drzewem. Dzieci piły herbatę i zajadały różne „E”. Zrobiłem trochę zdjęć i oddaliłem się od moich towarzyszy, zresztą bardzo rozgadanych. Pospacerowałem trochę i poobserwowałem uczestników wyprawy.

Epizod V: Hanz
Przerwa dobiegła końca i tłum małolatów rzucił się gwałtownie do dalszej wędrówki. Niektórzy prześcigali się, że musiałem zboczyć z drogi, by nie ulec stratowaniu. Pobiegłem na poszukiwanie mojej klasy i znalazłem ich nieco dalej. Przyłączyłem się do pogawędki. Po czym z ust jednej z czarnowłosych dziewczyn padło takie słowo, właściwie słowa: „Jak masz na imię?” Zamyśliłem się chwilkę i przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Przypomniałem sobie grę komputerową o producencie robotów z Szwajcarii, który nazywał się Hanz. Nie byle jakie imię, więc odparłem „Hanz”. Dziewczyna i jej towarzyszka zdziwiły się trochę. Co? Jak? Co to za imię! Noo, Hanz - odpowiedziałem. Chyba nie miało to dla nich większego znaczenia, albo spodobało im się takie imię, bo zaczęły opowiadać mi o jakiś nadchodzących kataklizmach i apokalipsie! 

Epizod VI: W ogniu wiosny
Opowieść o wędrówce z czarnowłosymi dziewczynami i ich dziwacznymi opowieściami jest tak długa, że trzeba by było napisać całą trylogie, by dojść, co było prawdą a co wytworem ich fantazji.
Pod koniec rajdu był kolejny krótki postój. Dzieci zajadały się grochówką i popijały herbatę. Potem rozniecono wielkie ognisko. Nasze Panie i nasz (jeden) Pan kazali wrzucać do ognia Marzanny, by wypędzić zimę. Trochę się obawiałem, czy aby ogień nie zrobi się za duży, ale… no dobra, pierwsza - wrzucona, druga (moja!) - spalona, jak wiedźma przez inkwizytorów. Czas rajdu minął. Wszystkie Marzanny poległy na stosie! Tak oto ustąpiła zima i nadeszła wiosna! A teraz tylko czekać, aż nadejdzie lato i się nigdy nie skończy!