A A A

Opowieść o nocnym rajdzie

Drodzy Włóczykije!

Opowiem wam dzisiaj o kolejnym rajdzie naszego Klubu. Nazwę go nocnym, mrocznym rajdem Włóczykijów.

Uczestnicy spotkali się w Parku Kultury i Wypoczynku, pod starym, sędziwym drzewem, którego rodzaju nikt nie umiał określić. Niektórzy sądzili, że to buk, inni, że topola a jeszcze inni, że to lipa. I rzeczywiście była to przysłowiowa lipa, bowiem to dorodne i dostojne drzewo, to po prostu kasztanowiec, który rośnie w tym miejscu już dobrych kilkanaście lat. Widać, że olbrzymia roślina wygodnie usadowiła się na malowniczym wzgórzu i rozłożyła swe liście niczym wielki parasol, by każdy przechodzień mógł podziwiać jej piękno, ale też schronić się w jej cieniu w upalne dni.

Czekaliśmy pod tym drzewem kilka minut, aż zbiorą się wszyscy uczestnicy rajdu. Każdy z nich wyposażony był w latarkę. Niektórzy mieli nawet po dwie sztuki.

Była godzina 16.00, więc o tej porze roku szybko robi się ciemno. Na niebie nie było widać żadnej gwiazdy, tylko wielki cień przesuwał się nad naszymi głowami a czarne chmury hulały w lewo i prawo. Gdyby nie mocne latarki, tryskające światłem na wszystkie strony świata, to nie moglibyśmy nic dostrzec. Po krótkim czasie ustawiliśmy się w parach i zajęliśmy pozycje do wymarszu. Ruszyliśmy w stronę lasu, w kierunku stawków. Szliśmy przez las, potem przez most, potem znowu przez las. Dookoła panowała przejmująca ciemność. Obok jednego stawku mijaliśmy (chyba) siwe kaczki - nazwaliśmy je „meserszmity”. Kaczki pływały po spokojnej tafli wody, w której od czasu do czasu coś się poruszało, powodując słabą falę na  jeziorku. Koledzy podświetlali taflę stawku, próbując dostrzec w niej jakiegoś stwora lub potwora. Tak wędrowaliśmy spory kawałek.

Każdy był zajęty rozmową ze swoim kolegą lub koleżanką, więc i ja postanowiłem pogawędzić z kolegą o wampirach i upiorach. Atmosfera do takiej pogawędki była wymarzona, bo dookoła panowała głęboka ciemność a różne odgłosy, jakie dobiegały do nas ze wszystkich stron, pobudzały naszą fantazję.

Oto jedna z krótszych historyjek, która zrodziła się w naszej rozmowie z moim towarzyszem wędrówki. Mój kolega zaczął rozmowę, że upiory przekształcają się czasami w szkielety, zaś szkielety - w opętanych ludzi, a na końcu ci opętańcy stają się świniami. I dalej mówił tak:

Był sobie pewien szalony doktorek i do niego przyszedł jeszcze bardziej szalony doktorek! Ten bardziej szalony daje temu mniej szalonemu pakunek.

- Masz i zrób coś z tym! Mniej szalony doktorek wziął owy pakunek i sprawdził jego zawartość. W środku była ... świnia! Kiedy chciał mu zadać pytanie: co to ma znaczyć?, gościa już nie było.

- Co za kicha! – pomyślał pierwszy. Wyjął świnkę i podsunął jej miskę z jedzeniem. Ta jednak nawet nie drgnęła.

- No dobrze – powiedział

- Wykąpię ją. Może nabierze apetytu. A może to gadająca świnia i czegoś się od niej dowiem?

Ale nic z tych rzeczy się nie stało. Doktorek pomyślał więc, że świnkę trzeba odprowadzić do weterynarza, a najlepiej od razu do rzeźnika i niech ten ją pokroi na plasterki! Przynajmniej część ludzkości będzie miała z niej spożywczy pożytek.

Doktorek idzie więc do rzeźnika. Odbywa się próba przekazania świnki dla ludzkości na cele spożywcze! Niestety, próba nie powiodła się, bowiem stwierdzono, że zwierzę jest z metalu i dla ludzkości jest całkowicie nieprzydatne.

- Wysłać świnię w kosmos! – zakrzyczał nagle jakiś głos! Nie ma z niej dla nas żadnego pożytku!

Zwierzę wysłano na inną planetę, jednak po kilku dniach świnka spadła na ziemię. Z jej  środka wyszedł kosmita. Potem przyleciały dwie, a następnie trzy, cztery świnki i w końcu... cała armia świń!

Uff, ale się zmęczyłem tym opowiadaniem! Chyba dalej nie muszę pisać - świnie przejęły świat itd., itp.

No i tak szliśmy rozmawiając przez połowę rajdu. Ktoś za nami opowiadał historyjkę o jakimś potworze z Japonii czy z Chin? No wiecie, chodzi o takiego jaszczura. Według historii chłopaków, którzy szli za nami, do Czarnobyla przybył z zaświatów duży jaszczur i kiedy wybuchła elektrownia jądrowa, to jaszczur przemienił się w smoka chińskiego!

Rajd upłynął nam na takich oto opowiastkach. Każdy coś plótł od rzeczy, oświetlając sobie drogę, by nie wpaść w błotko. A wędrowaliśmy chyba około 5-6 kilometrów. Widać było, że w tym rajdzie uczestniczyło więcej uczniów i to z różnych szkół. Tłum był pod koniec wyprawy bardzo głodny i hałaśliwy. Chyba wszystkim udzieliła się ta nocna atmosfera, bo każdy wykrzykiwał coś upiornego i straszył się nawzajem. Przy trzech stawkach nasze Panie rozdały kupony na kiełbaski do ogniska. Szczerze wam powiem, że trudno było dostać się do małego ogniska, przy którym rozpychali się starsi uczestnicy rajdu. W końcu ja i inni zrezygnowaliśmy z tej walki o jedzenie. Może te kiełbaski były zresztą z tej kosmicznej świnki, o której ja i mój towarzysz opowiadaliśmy sobie podczas rajdu.

Po chwili przyjechali po nas rodzice i każdy, trochę zmęczony odbytymi kilometrami, ale za to uradowany wsiadał do samochodu i dawał latarką sygnały, że spotkamy się znowu na rajdzie za kilka tygodni.

 

Pozdrawiam

Wasz Dr Głuszec