A A A

8 października 2011 RAJD W NIEZNANE

Drodzy Włóczykije!

Dziś opowiem wam o rajdzie w nieznane.
Nasza wyprawa zaczęła się od zbiórki przy szkole. Czekał tam na nas autokar, który miał nas zawieźć do wsi o uroczej nazwie „Dwór”. Podróż trwała prawie dwie godziny, po czym autobus zatrzymał się przy małym dworku, otynkowanym na szaro. Obecnie, z tego co mi wiadomo, mieści się tutaj szkoła podstawowa. Kiedyś, na terenie tej posiadłości odbywały się turnieje konne, zaś obecnie przywrócono tę tradycję i powiem wam, że w ubiegłym roku byłem osobiście w tej miejscowości na jednym z takich turniejów. Ale wróćmy do naszej wycieczki. Na małej polance przy dworku czekaliśmy na decyzje pań opiekunek i prowadziliśmy ze sobą interesujące konwersacje. Dziewczyny, jak zwykle chichotały i zaczepiały chłopaków. Chłopcy zaś mieli swoje sprawy do omówienia. Wiele dzieci zaczynało już sięgać po kanapki lub grać w różne gry, gdy nagle nasza Pani oznajmiła, że czas ruszać w drogę. Nasz szlak wiódł od dworu, poprzez lasy, łąki i polany oraz trzy lub dwie elektrownie i zakończył się przy jednej z nich.
Z początku gromada pasjonatów szkolnych rajdów wlokła się leniwie przez słoneczną polaną, by potem wkroczyć do ciemnego lasu. Las, jak las. Właściwie nic ciekawego w nim nie było, ale tylko do pewnego momentu, bo oto dotarliśmy nad małe jeziorko, albo raczej było to rozlewisko Słupi, przy którym rosło mnóstwo grzybów. Nie wiem, czy były tutaj wszystkie grzyby, gdyż występują one aż w 120 gatunkach i 170 odmianach, ale było ich bez liku. Każdy zachwycał się ich widokiem i dotykał kapeluszy. Dziewczyny piszczały: Ale fajne! Ale ładne! Ale duże! itp., itd. Obok tego „wysypiska” grzybów rozbiliśmy sobie obóz. Było trochę czasu na odpoczynek. Zajadaliśmy przeróżne łakocie i gawędziliśmy o tym i owym. Naszemu rajdowemu fotografowi udało się uchwycić nawet małego zaskrońca a może była to żmija? Cokolwiek to było, na pewno należało do rodziny gadów lub pokrewnych. Tak leżąc sobie (inni siedzieli) można było podziwiać otaczający nas krajobraz. Dookoła grzyby, trawa, drzewa duże i małe oraz stare i powalone, a z nich wyrastające młodziutkie zielone brzózki. Wokół puszysty, zieloniutki mech i wiele innych cudów natury. 
Po wyjściu z lasu wędrowaliśmy dalej polaną w kierunku elektrowni. Po jednej stronie mieliśmy rzekę, a po drugiej las. Ten wspaniały krajobraz dodawał nam otuchy i mimo zmęczenia i zmieniającej się pogody mieliśmy siłę w nogach. Park Krajobrazowy „Dolina Słupi” to wspaniałe miejsce na akcję dobrego filmu przygodowego. Kto wie, może kiedyś go ktoś nakręci. Może ktoś z nas?
Wędrowaliśmy po Parku kilka kilometrów, minęliśmy kolejną elektrownię i znowu wędrówka aż w końcu zrobiliśmy przerwę na odpoczynek. Niezbyt zajmowałem się teraz biesiadami dzieci, gdyż prowadziłem małą sekretną rozmowę z koleżką z klasy, niejakim Olkiem D. Olek D. to dopiero ciekawa osobowość! Nie rozmawialiśmy zbyt długo, bo przerwa lub odpoczynek, jak kto woli, upłynęły bardzo szybko i jedna z Pań dała komendę do zbiórki i dalszego marszu. Ponownie ruszyliśmy więc w drogę. Szliśmy, szliśmy i szliśmy … znowu przez polanę i potem przez las i znowu polaną i lasem … Miałem  wrażenie, że cały czas idziemy tą samą drogą i gdyby nie drobne szczegóły, to chyba bym uwierzył, że  naprawdę krążyliśmy wkoło.
Wreszcie dotarliśmy do kolejnego celu naszej podróży – do ostatniej elektrowni. Musieliśmy jednak pokonać niemały tor przeszkód: stromy most i równie niebezpieczne zejście w dół. W dodatku pod nami płynęła rzeka, a barierki były tylko po jednej stronie mostu. Przechodziliśmy po kolei po chwiejnym mostku, najpierw pani M., za nią pani W., w środku dzieci a na końcu tej karawany pan C. Naraz przeszło nas chyba dwadzieścia osób, ale po tym moście mogło poruszać się maksymalnie dziesięć osób! Nasz fotograf uwiecznił ten nakaz na zdjęciu (patrz dowód - relacja fotograficzna). Relacja fotograficzna

Dr Głuszec (Paweł S. 6c)